20 marca 2026 roku do kin trafiła ekranizacja bestsellerowej powieści Andy’ego Weira Projekt Hail Mary. Reżyserami filmu są Phil Lord i Christopher Miller, a w głównej roli występuje Ryan Gosling. Film od samego początku wzbudzał kontrowersje, głównie z powodu nietypowych decyzji dotyczących obsady i reżyserii. Po obejrzeniu mogę stwierdzić, że początek jest słaby, ale gdy na ekranie pojawia się Rocky, film nabiera właściwego tempa.
Kluczowe informacje o filmie
- Amazon nabył prawa do ekranizacji jeszcze przed ukończeniem powieści przez Andy’ego Weira.
- Ryan Gosling wciela się w Rylanda Grace’a, nauczyciela i jedynego ocalałego członka załogi statku Hail Mary.
- Rocky, grany przez Jamesa Ortiza, to przedstawiciel obcej cywilizacji z Erydian i kluczowa postać filmu.
- Reżyserzy znani z 21 Jump Street i LEGO Przygoda postawili na humor i relację bohaterów, a nie na epickie science fiction.
- Film łączy efekty praktyczne z CGI, co szczególnie widać w zapierającej dech scenie na planecie Adrian.
Chaotyczny start, który może odrzucić
Pierwszy akt Projektu Hail Mary niestety nie wypada najlepiej. Twórcy próbują oddać strukturę książki, przeplatając teraźniejsze wydarzenia na statku z retrospekcjami z Ziemi, ale robią to w sposób chaotyczny i mało angażujący. Sceny na Ziemi, w których ludzkość zmaga się z kryzysem wywołanym przez Astrofagi (organizmy wysysające energię Słońca), nie budują odpowiedniego napięcia. Brakuje poczucia, że świat naprawdę stoi na krawędzi.
Wątki na Hail Mary momentami wydają się nieprzekonujące. Grace, grany przez Goslinga, wypada inaczej niż w książce – jest bardziej nieporadny i czasami irytujący. Fani pierwowzoru mogą być rozczarowani. Na szczęście to tylko wprowadzenie do lepszej części filmu.
Rocky kradnie cały film
Wszystko zmienia się wraz z pojawieniem się Rocky’ego. Ten niewielki Erydianin, który wygląda jak skała z odnóżami, staje się sercem całej opowieści. Relacja między nim a Grace’em to coś więcej niż sojusz dwóch naukowców z różnych światów – to historia przyjaźni, zaufania i wzajemnego wsparcia.
Twórcy zdecydowali się ujawnić Rocky’ego już w pierwszym zwiastunie, rezygnując z jednego z największych zwrotów akcji znanych z książki. I to była dobra decyzja. Film od tego momentu przestaje udawać epickie sci-fi o ratowaniu świata, a staje się kameralną opowieścią o dwóch kumplach dryfujących w kosmosie. Humor działa, dramatyczne momenty są poruszające, a sama postać Erydianina jest tak żywa i autentyczna, że łatwo zapomnieć, iż to w dużej mierze animatronika i CGI.
Szkoda tylko, że wycięto kilka ważnych scen z powieści. Niektóre zwroty akcji, które u Weira miały ogromny ciężar emocjonalny, w filmie przechodzą niemal bez echa. Szczególnie pod koniec czuć, że twórcy chcieli uniknąć trzygodzinnego seansu i poszli na skróty.
Wizualny majstersztyk i muzyczna niespodzianka

Pod względem wizualnym Projekt Hail Mary to jeden z najładniejszych filmów ostatnich lat. Duet Lord i Miller poszedł w ślady Christophera Nolana i Interstellara – CGI stosowano tylko tam, gdzie było to konieczne. Efekt? Sceny w kosmosie wyglądają obłędnie, a kulminacyjny moment na orbicie planety Adrian w formacie IMAX dosłownie wbija w fotel.
Muzyka Daniela Pembertona również zaskakuje. Ścieżka dźwiękowa jest nieoczywista – czasem przypomina przygodówkę rozgrywającą się w dżungli, innym razem buduje epicki nastrój. Pasuje do tej historii bardziej, niż można by się spodziewać.
Aktorstwo na dwie prędkości

Ryan Gosling w roli Grace’a to wybór, który początkowo budził moje wątpliwości. W głowie miałem raczej Ryana Reynoldsa lub Paula Rudda. Jednak Gosling broni się – zwłaszcza w scenach z Rockym, gdzie jego gra sprawia, że relacja z kosmitą jest w pełni wiarygodna. Sandra Hüller jako Eva Stratt również wypada dobrze, ale jej rola została niestety mocno okrojona w porównaniu do książki. Reszta obsady to tło – poza Lionelem Boyce’em jako oficerem Carlem, który dostaje kilka naprawdę dobrych scen.
Podsumowanie
Projekt Hail Mary nie jest idealną adaptacją. Początek rozczarowuje, niektórym scenom brakuje napięcia, a fani książki będą tęsknić za wyciętymi wątkami. Jednak gdy film wreszcie znajduje swój rytm, oferuje coś naprawdę wyjątkowego – poruszającą opowieść o przyjaźni między dwiema kompletnie obcymi istotami. To historia, która stawia na relację, humor i emocje, a przy okazji wygląda i brzmi fantastycznie. Jeśli przetrzymacie chaotyczny początek, czeka was naprawdę dobra kosmiczna przygoda.

