Kiedy myślę o swoich pierwszych krokach w świecie Pokémon, przed oczami stają mi pikselowe stworki na małym, podświetlanym ekranie GameBoya. Nostalgia za tamtymi czasami jest silna, ale czy w 2026 roku wystarczy, by uzasadnić zakup niemal niezmienionych portów gier z 2004 roku? Nintendo postanowiło uczcić 30-lecie serii, wydając Pokémon FireRed/LeafGreen na konsolach Switch i Switch 2. To klasyczne opowieści o podróży po regionie Kanto, odświeżone niegdyś na GameBoya Advance, a teraz przeniesione na współczesny sprzęt. Jednak sposób, w jaki to zrobiono, budzi mieszane uczucia – od zachwytu nad wiernością oryginałom, po konsternację związaną z ceną i brakiem nowoczesnych udogodnień. Sprawdźmy, co dokładnie otrzymujemy w tych wydaniach i dla kogo jest to propozycja.
Pokémon FireRed/LeafGreen na Switch – najważniejsze informacje
- 180 złotych – tyle trzeba zapłacić za obie gry, kupowane osobno po 89,80 zł za sztukę, podczas gdy darmowy emulator GBA jest dostępny w ramach abonamentu NSO.
- Porty, nie remastery – gry nie doczekały się żadnych ulepszeń graficznych czy mechanicznych poza dwoma nowymi biletami na legendarne Pokémony.
- Mystic i Aurora Tickets – po pokonaniu Elitarnej Czwórki gracze otrzymują przedmioty umożliwiające złapanie Lugii, Ho-oha i Deoxysa, które w 2004 roku były dostępne wyłącznie na eventach.
- Brak trybu online – wymiana i walki z innymi graczami działają tylko lokalnie, przez bezprzewodowe łącze, co jest wierne oryginałom, ale rozczarowuje w erze globalnej łączności.
- Kompatybilność z Pokémon Home – w przyszłości będzie można przenosić stworki do aplikacji Home, ale funkcja nie jest jeszcze dostępna.
Czym są Pokémon FireRed/LeafGreen i dlaczego wracają?
Oryginalne Pokémon Red i Green zadebiutowały w Japonii w 1996 roku, szybko stając się globalnym fenomenem. Na Zachód trafiły wersje Red i Blue, a gracze musieli wymieniać się Pokémonami, by skompletować cały 150-gatunkowy katalog. Osiem lat później, w 2004 roku, na GameBoya Advance pojawiły się Pokémon FireRed/LeafGreen – ulepszone graficznie i mechanicznie remake’i, które dodały nowe stworki, obszary i funkcje. Były one mostem między klasycznym Kanto a nową generacją konsol. Teraz, w 2026 roku, Nintendo wrzuca te tytuły na eShop Switcha, celując w falę nostalgii towarzyszącą trzydziestoleciu marki. Nie są to jednak odświeżone wersje – to czyste porty, które wyglądają i grają dokładnie tak, jak dwie dekady temu. Dla jednych to skarb, dla innych powód do frustracji.
Nostalgia w czystej postaci – zalety powrotu do Kanto

Uruchomienie Pokémon FireRed na Switchu to jak otwarcie starego albumu ze zdjęciami. Pikselowa grafika, chiptune’owe dźwięki i znajome lokacje – od Pallet Town po Viridian City – momentalnie przywołują wspomnienia dzieciństwa spędzonego z GameBoyem w dłoni. Dla osób, które dorastały na przełomie wieków, jest to doświadczenie niemal terapeutyczne. Gra nie próbuje być nowoczesna: brak tu dodatkowych questów, usprawnionego interfejsu czy balansu trudności. To ta sama podróż, w której wybieramy jednego z trzech starterów (Charmander, Squirtle lub Bulbasaur), zdobywamy odznaki i mierzymy się z Drużyną R.
Największym smaczkiem dla weteranów są wspomniane bilety na legendarne Pokémony. W 2004 roku zdobycie Lugii czy Deoxysa graniczyło z cudem – trzeba było być na specjalnych eventach organizowanych przez Nintendo. Dziś są one dostępne od razu po ukończeniu głównego wątku, co stanowi miły ukłon w stronę graczy i eliminuje konieczność uciekania się do nieoficjalnych metod. Dzięki temu kompletowanie Pokédexa staje się przyjemniejsze i bardziej satysfakcjonujące.
Nowoczesność kontra wierność – gdzie leży problem?
Pomimo wzruszeń, trudno oprzeć się wrażeniu, że Nintendo potraktowało te wydania po macoszemu. Największą bolączką jest cena – 89,80 zł za jedną grę to kwota, która na tle innych pozycji w eShopie może wydawać się wygórowana. Tym bardziej, że w ramach abonamentu Nintendo Switch Online (NSO) abonenci mają dostęp do darmowego emulatora GameBoya Advance z pokaźną biblioteką hitów. Pokémon FireRed/LeafGreen w takiej formie idealnie pasowałyby do tego katalogu, ale Nintendo postanowiło sprzedawać je osobno.
Brak trybu online to kolejny zgrzyt. W 2004 roku lokalna wymiana przez kabel była standardem – teraz, w czasach globalnej łączności, wydaje się anachronizmem. Możliwość walk z przyjaciółmi z drugiego końca świata dodałaby grom drugie życie i zachęciła nowych graczy. Zamiast tego dostajemy tylko opcję lokalnego spotkania, co dla wielu będzie kompletną abstrakcją. Obiecana kompatybilność z Pokémon Home to jedyny powiew przyszłości, ale jej brak w dniu premiery studzi entuzjazm.
Dla kogo jest to propozycja?
Pokémon FireRed/LeafGreen na Switchu to tytuły stworzone z myślą o bardzo konkretnej grupie: purystach i nostalgikach, dla których liczy się autentyczność doznań. Jeśli masz ciepłe wspomnienia z GameBoya Advance, a dotykowe sterowanie nie jest dla Ciebie przeszkodą, te porty mogą być interesującą propozycją. Jednak dla nowych graczy, którzy oczekują nowoczesnych rozwiązań i funkcji, mogą one okazać się rozczarowujące.


Dodaj komentarz